Winter is coming

Nienawidzę zimy. Pozostałych pór roku też nie lubię, ale zima to po prostu przesada. Piździ złem, wali śniegiem w oczy, szczypią poliki, wszędzie te okropne bałwany i dzieci z sankami. No i ozdoby świąteczne. Wszędzie. Wszędzie mikołaje, choinki, lampki walące po gałach. Naprawdę komuś się to podoba?

Dobra, wszystko powyższe jestem w stanie przeżyć. Serio. Nawet jak mi lampki sąsiada, które sobie inteligentnie powiesił na balkonie, świecą w okna tak, że nie mogę spać (a warto wspomnieć, że są czerwone jak ogień piekielny), to ja nawet wytrzymam. To, czego najbardziej nienawidzę w zimie, to fakt, że od grudnia do lutego wywalam się na lodzie jakieś sto tysięcy razy. Sto tysięcy razy w ciągu trzech miesięcy. Sto tysięcy razy walę o lód łbem, twarzą, plecami, dupą i innymi częściami ciała, które nie lubią walić o lód sto tysięcy razy. Kiedy wiem, że winter is coming? Gdy leżę plackiem na chodniku i nie mogę się podnieść, bo mam za dużo warstw na sobie.

A propos. Dzisiaj zmotywowałem się, by wstać na uczelnię. Kiedy idę na ósmą, jest jeszcze ciemno. Dopiero jak stoję dłuższy czas na peronie i marzną mi nieowłosione (ubolewam) nogi, dupa i uszy, to zaczyna się przejaśniać. Dopiero wtedy. Ale jak idę na piechotę ten kawałek, to jest ciemno. Trochę boję się leśnych dziadów, a mieszkam przy lesie, więc jak wychodzę z klatki, to od razu zakładam słuchawki na uszy i przyspieszam. Byle na peron, byle na peron.

Dzisiaj temperatura przegięła pałkę. -5 stopni. Nie, myślę, przyspieszam dwa razy bardziej, bo zanim dojdę na peron, to będę kostką lodu. Podkręcenie tempa niestety, jak zawsze, nic nie dało i dalej było mi okropnie zimno. Wpadłem więc na genialny pomysł – pobiegnę. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. I wiecie co? Wywaliłem się. Przebiegłem w sumie jakieś pięćdziesiąt metrów, kolejne dziesięć przejechałem na dupie, a kolejne dwa przejechał mój plecak.

NIKT TEGO NIE WIDZIAŁ, ucieszyłem się w duchu, ale właśnie wtedy przeszedł obok mnie jakiś gówniarz z podstawówki. Na początku był zaniepokojony, tak mi się zdawało, ale potem okazało się, że to jego naturalny wyraz twarzy, a ponadto – nie jest sam. Miałem słuchawki na uszach, więc nie słyszałem śmiechu jego kumpli, a śmiali się głośniej niż janusze z polskich kabaretów, na pewno. Nie słyszałem też, w ogóle nie ogarnąłem momentu, w którym jeden z nich wziął mój plecak i wywalił wszystkie moje rzeczy tuż obok mnie, a potem poskakał po moich zeszytach mokrymi kozakami, które mu ubrała mama tuż po tym, jak spakowała mu kanapki z pastą jajeczną do tornistra. Nim zdążyłem zareagować, dzieci uciekły, a ja zostałem ze swoim wstydem, utwierdzony w przekonaniu, że serio, winter is szlag by to trafił coming.

1 Response

  1. Radek Zamorski pisze:

    hahhaa. Ja też często się wywalam na lodzie w zimę. Niestety. Znam ten ból.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *